20 marca 2014

Epilog

Moje pomarszczone dłonie kończą przeglądać biografie Zbigniewa Bartmana. Mistrza Olimpijskiego, Mistrza i zdobywcę pucharów Polski, Włoch i Turcji, mojego męża. W moich myślach kończy się podróż po przeszłości, która przybierała różne barwy tak jak i nasze małżeństwo, które dziś świętuje koralową rocznice. Trzydzieści pięć lat razem z czego ostatni rok tylko ciałem. Zamykając książkę ocieram jednocześnie łzę spływającą po moim policzku. Przede mną siedzi autorka owej biografii, która liczy, że jej coś powiem, a ja nie wiem co mam powiedzieć. Znalazło się w niej wszystko co chciałam, cała jego piękna kariera bez ujawniania w znacznym stopniu szczegółów życia prywatnego, którego zawsze broniłam przed ciekawskimi i które nie raz w jakimś stopniu było pożywką dla dziennikarzy.
- Jak się pani podoba? – pyta autorka.
- Podoba mi się, ale dalej nie jestem przekonana tak do końca do tej biografii. On jej nigdy nie chciał napisać.
- Mamo, tacie się to należy. Sama wiesz, że całe dnie przesiaduje w fotelu i przegląda tą swoją kronikę jaką mu stworzyłam – mówi Liliana, która siedzi obok mnie głaskając swój okrągły niczym piłka, ciążowy brzuszek – Sam jej nie chciał napisać, ale Kornelia to zrobiła za niego. Nie ma tam tego czego byś nie chciała, a poza tym tata będzie miał lepszą wersje swojego życia w tej książce niż to co ma w kronice.
Odwracam jeszcze raz na pierwszą stronę i patrzę na pierwowzór okładki z której spogląda na mnie uśmiechnięty Zbyszek z młodych lat z olimpijskim medalem na szyi. Patrzę w jego radosne spojrzenie i podejmuje decyzje.
- Niech idzie do druku – odpowiadam wstając za stołu bardzo powoli, bo moje stare kości się zastały. Wychodzę z salonu i idę w kierunku dawnego gabinetu Zbyszka. Po kuchni krząta się moja synowa, Amanda przygotowując małe przyjęcie dla powracającej czwórki bohaterów. Koło niej kręci się dwuletnia Małgosia, córeczka Miłosza, a na podwórku mecz piłki nożnej rozgrywa 8 letni Jaś, który wdał się w Miłosza i siedmioletni Filip, który jest miniaturą mojego zięcia. Domek na obrzeżach Warszawy jaki wybudowaliśmy po zakończeniu kariery zawodniczej Zbyszka tętni życiem, kiedy są w nim nasi wnukowie. Jednak na co dzień taki wesoły nie jest, bo mieszkamy w nim praktycznie sami oprócz biszkoptowego labradora, którego nazwaliśmy Dino. Wchodzę do nazwanego przeze mnie pokoju wspomnień gdzie można zobaczyć wszystkie nagrody Zbyszka zaczynając od medali kończąc na statuetkach MVP. Na ścianach wiszą jego klubowe koszulki z wszystkich klubów i poszczególnych lat zamknięte w antyramach. To pomysł Liliany żeby się dobrze czół w domu, żeby był otoczony jedynymi rzeczami jakie pamięta. Od pięciu lat choruje na Alzheimera, a od roku nie poznaje mnie, dzieci czy wnuki. Jedyne co pamięta to siatkówka, która po raz kolejny wygrała z rodziną. Zaczęło się od zwykłego zapominania o umówionych spotkaniach. Później potrafił stanąć na ulicy i nie pamiętać gdzie szedł, albo jak wrócić do domu. Moje życie wtedy wywróciło się do góry nogami. Zaczęło się pilnowanie na każdym kroku, bo powoli staje się małym dzieckiem, które nic nie potrafi zrobić. Choroba mimo lekarstw i rehabilitacji zbiera swoje żniwo, a my robimy wszystko żeby walczył jak najdłużej. Tylko co to jest dwanaście lat z czego mu zostało jakieś siedem, bo więcej nie uda nam się go utrzymać przy życiu. Spoglądam na mojego męża siedzącego w fotelu i oglądającego album w którym ma udokumentowane całe swoje życie zawodowe i prywatne. Czasami zdarzy się, że wieczorem kiedy kładę go spać powie do mnie po imieniu, ale chwilę później znowu nic nie pamięta. Boli szczególnie wtedy kiedy mnie nie poznaje i mówi do mnie przez per pani, ale ja zaciskam zęby i staram się nie okazywać jak bardzo to boli. Każdego dnia przedstawiam się i poznajemy się na nowo. Wbrew pozorom jestem szczęściarą, bo kto inny przeżywa tyle razy pierwsze spotkanie z miłością swojego życia? Ludzie widzą w nas parę staruszków, którzy czekają na śmierć, a ja widzę młodego, przystojnego, wysokiego bruneta o czarującym spojrzeniu, który kiedyś zdecydował się spędzić ze mną całe życie i przysięgać przy ołtarzu „aż do śmierci”. Małżeństwo to most, który trzeba codziennie budować od nowa. Najlepiej z dwóch stron jednocześnie podsycając żar miłości. Nam czasem ten most się walił, ale ważne było to, że potrafiliśmy go odbudować i dbać znowu o ten żar miłości jaki go scala. Teraz mimo wszystkich problemów jakie nas dosięgły w przeszłości ten most jest silny i już tylko śmierć może go zburzyć.
- Zbyszku? – mówię stojąc w progu pokoju wspomnień, a z jego strony jest całkowity brak reakcji co jest normą więc podchodzę do niego i kładę rękę na jego ramieniu – Chodź musimy się przebrać, bo zaraz dzieci przyjadą.
- Jakie dzieci, kim jesteś? Moją pielęgniarką?
- Jestem Asia, twoja żona. Mówiłam ci rano. Za chwilę powinien być Miłosz, Olaf i Oliwer jak również twój zięć Mateusz. Pamiętasz dzisiaj rano oglądałeś wiadomości sportowe z ich udziałem.
- To ci olimpijczycy mnie odwiedzą? To rzeczywiście muszę się przebrać – odpowiada odkładając album na stolik i powoli wstaje z fotela.
Idziemy razem do jego pokoju mieszczącego się obok salonu. Tam go przebieram w eleganckie spodnie i koszule po czym pomagam mu dojść do salonu i usadzam go w fotelu. Mała Gosia podbiega do dziadka, wdrapuje się na jego kolana i zaczynają się bawić. Dobrze, że ich nie odtrąca nawet jak nie pamięta chociażby ich imienia. W salonie już wszystko przygotowane na małe przyjęcie. Na podwórku rozlega się przeciągły dźwięk klaksonu samochodowego, a Gosia pędzi do drzwi, bo wie, że to tata wrócił. Pomagam Zbyszkowi wstać i obydwoje wychodzimy przed dom gdzie z samochodów wysiadają polscy medaliści igrzysk olimpijskich z złotymi medalami na szyi, a chwilę później witają się ze swoimi żonami. Olaf i Oliwer podchodzą do nas jako pierwsi, bo ze swoimi dziewczynami widzieli się na lotnisku.
- Gratuluje jeszcze raz chłopcy. Tyle, że teraz mogę was już uściskać – mówię ze łzami w oczach kiedy ponad dwumetrowe bliźniaki stoją przede mną. Przytulam ich oboje do siebie, a oni się muszą schylić, bo ich wyciągało w górę, a mnie ciągnie już do ziemi. Moje dwa prawie nie do odróżnienia okiem przeciętnego kibica czy komentatora sportowego skarby, które jeszcze tak niedawno nosiłam na rękach, karmiłam i zmieniałam pieluchy stanowią trzon reprezentacji Polski w siatkówce grając na przyjęciu. Wzrostem, upartością i charakterem podali się na ojca, ale cechy zewnętrzne w znacznej części odziedziczyli po mnie.
- Mamo, bo nas udusisz - mówi Olaf.
- Mamo no nie rób siary przed dziewczynami – dodaje jego starszy o pięć minut brat. Dla nich to tylko pięć minut, a dla mnie prawie wieczność. Poród, który odbył się siłami natury był bardzo ciężki i długi. Podczas prawie dwóch godzin zdążyłam wypowiedzieć tyle przekleństw ile przez całe życie bym nie wypowiedziała, a przy okazji miażdżyłam rękę Zbyszkowi, który rodził ze mną. Uparł się, że musi być przy porodzie od początku do końca i się dowiedzieć, kto się krył w moim brzuchu. Chłopcy do samego końca ciąży na żadnym badaniu nie odwrócili się tak żebyśmy mogli poznać płeć więc mieliśmy prawdziwą Kinder Niespodziankę.
- Oj tam. Niech widzą jak was matka kocha – odpowiadam śmiejąc się i wypuszczam ich z objęć u przednio każdego całując w czoło.
Później witam się z moim najstarszym synem i zięciem, który z biegiem lat robi się coraz bardzie podobny do naszego przyjaciela, Michała. Obserwuje jak moi synowie podchodzą do Zbyszka i chcą się z nim przywitać, ale ten ucisza ich ręką i bierze do ręki medal wiszący na szyi Milosza.
- Złoty medal olimpijski to wielka chluba dla sportowca, a ja jako ojciec jestem dumny, że moi trzej synowie zdobyli go powtarzając mój sukces po tylu latach przerwy – mówi uśmiechając się po czym przytula całą trójkę do siebie.
Obok mnie staje Lilia, która płacze i przytula mnie do siebie, a ja ocieram łzy wzruszenia. Obydwie cieszymy się z tego, że sobie przypomniał kim jesteśmy w tak ważnym czasie. W dużo lepszych humorach wracamy do domu i siadamy wszyscy do stołu jedząc wspólny obiad. Zbyszek na nowo zachowuje się jakby żył w swoim świecie, a chłopcy opowiadają wrażenia z wioski olimpijskiej i samych meczy czy dekoracji. Widzę w nich tyle radości ile widziałam w Zbyszku paręnaście lat temu po zdobyciu olimpijskiego medalu. W salonie panuje wesoła i gwarna atmosfera, której mi często brakuje kiedy zostajemy we dwójkę z psem dla towarzystwa. Kiedy moi wnukowie zaczynają się kłócić o ostatni kawałek szarlotki do salonu z tortem wchodzi Amanda i stawia go przed nami.
- Mamo, tato z okazji waszej 35 rocznicy ślubu mamy dla was niespodziankę – mówi Miłosz.
- Tort to tylko początek – dodaje Olaf.
- Z okazji waszej rocznicy wysyłamy was tam gdzie byliście na miesiącu miodowym czyli na Malediwy. Tym razem bez Miłosza, ale z Kubiakami – mówi Lila.
- Mam nadzieje, że macie olejki do opalania i umiecie się szybko pakować, bo jutro rano wylatujecie – dorzuca Oliwer kładąc przede mną bilety samolotowe.
Patrzę na nich zaskoczona nie wiedząc co mam powiedzieć. Na wakacjach nie byłam już tak dawno, bo po prostu z wiekiem nie chciało nam się nigdzie wyjeżdżać.
- Wykosztowaliście się niepotrzebnie.
- Przez całe nasze życie dbaliście o nas więc pozwólcie, że teraz my zadbamy o was tak dobrze jak wy o nas – mówi Miłosz, a mi się robi ciepło na sercu, bo wiem, że wychowałam moje dzieci na dobrych ludzi co okazują na każdym kroku.

W końcu nastał wieczór, a ja jak co wieczór kładę mojego męża do spania. Przykrywam go kołdrą po czym jak co wieczór chce go pocałować w policzek lecz czasami mi to się nie udaje. Tym razem jest inaczej, bo kiedy ja składam pocałunek na jego policzku on całuje mój. Odsuwam się lekko od niego i patrzę w jego oczy, które odziedziczyły po nim każde z naszej czwórki dzieci. Swoją pomarszczoną dłonią dotyka mojego policzka i kciukiem głaszcze go, a ja przymykam swoje powieki spod których zaczynają wypływać łzy.
- Dlaczego płaczesz Asiu?
- Bo jestem szczęśliwa. Szczęśliwa, że przeżyłam u twojego boku trzydzieści pięć wspaniałych lat.
- To ja jestem szczęściarzem, że spotkałem cię na mojej drodze aż dwa razy, że dałaś mi szanse pokazać, że nie jestem taki jak o mnie mówiono. Jestem wielkim szczęściarzem, że zgodziłaś się zostać moją żoną i urodziłaś mi czwórkę wspaniałych dzieci. Jestem największym szczęściarzem tego świata, bo dałaś mi to co najpiękniejszego człowiek może dać człowiekowi - miłość.
Uśmiecham się do niego i biorę jego dłoń w swoją. Cieszę się tą chwilą która może za chwile już przestać trwać.
- Bardzo cię kocham Zbyszku – mówię układając się obok niego na łóżku po czym wtulam się w niego, a on jak to miał zwykle w zwyczaju przyciąga mnie jeszcze bliżej siebie i całuje w czubek głowy.
- Nie to ja kocham ciebie bardziej moja kochana.





- * -

Kończę opowiadanie z którym jestem bardzo zżyta, które przeżywałam czasami jakbym była sama  bohaterem swojego opowiadania. Podczas pisania wylałam morze łez jak nad żadnym innym opowiadaniem jakie przyszło mi pisać. Poświęciłam sporo czasu żeby wyglądało tak jak wygląda. Nie wszystko mi się udało opisać tak jak bym chciała, ale jestem zadowolona z tego co zostało opublikowane, bo przecież mogło być znacznie gorzej.
Piosenka jaka zakończyła opowiadanie moim zdaniem idealnie pasuje do całej historii i już od pierwszego przesłuchania jej wiedziałam, że będzie idealna do epilogu, ale musiałam Wam troszkę podnieść adrenalinę, bo nie była bym sobą ;)
Nie jestem w stanie dowiedzieć się ile osób czytało to opowiadanie, bo wiem, że niektórzy czytają je bez pozastawiania po sobie chociażby najmniejszego śladu jednak chociaż raz chciałabym się tego dowiedzieć :)
Dziękuje wszystkim tym co się ujawniali jak również tym co się nigdy nie ujawnili. Dziękuje, że byliście i swoimi komentarzami czy wyświetlaniami rozdziałów dawaliście motywacje do pisania. Dziękuje również, że podczas zawieszeń publikacji nie zniknęłyście. Za wszystko bardzo dziękuje :) Teraz można mnie „spotkać” wyłącznie na dwóch projektach do których linki znajdują się poniżej.